...CZYLI JAK SZUKALIŚMY BUGU NAD LIWCEM

Dzień zaczął się pięknie i nic nie zapowiadało katastrofy. 

Dojechaliśmy do Łochowa. Świeciło słońce. Okoliczne łąki wyglądały niczym wielobarwne dywany. Jednym słowem - cudowne, wiosenno-letnie przedpołudnie.

Sielanka niemalże.

Z werwą i ochotą wkroczyliśmy na szlak, niezrażeni faktem, że właściwie znajdował się on pod wodą. I wtedy... Niespodziewanie znależliśmy się w południowoazjatyckiej dżungli.

Było upalnie, duszno, wilgotno. Nogi zapadały nam się w błoto do pół łydki. Pot zalewał oczy. Nie to było jednak najgorsze. Miliardy much, komarów, gzów i co tam jeszcze wylęgło się na tych przeklętych moczarach, próbowało nas zjeść i wyssać żywcem. Nad każdym z nas unosiła się czarna, bzycząca chmura. Nawet chwilowy postój powodował, ze coś chciało wejść nam do ucha, wyjeść oko, zaplątać się we włosy, przeciąć skórę i pić krew. Na próżno staraliśmy się zastosować terenowe metody nacierania się błotem i liśćmi mięty - miejscowe owady zapewne nie wiedziały, że ma to je odstraszać. 

Spoceni, brudni i pokłuci wyszliśmy wreszcie na bitą drogę, wprost w objęcia potężnej burzy. Przyjęliśmy ją z ulgą, przegnała bowiem uciążliwe stawonogi. Krzak, pod którym się schroniliśmy, mimo gęstego listowia, był marną odsłoną przed iście biblijnym potopem. Gdy już nie mieliśmy na sobie nic suchego odkryliśmy na pobliskim gospodarstwie małą drewutnię, gdzie przesiedzieliśmy resztę ulewy. 

A potem... było już nudno:) Droga w lesie, trochę asfaltu, most na Liwcu (no gdzie ten Bug???), chlupoczące buty i mokre ubrania. W Kamieńczyku znowu zaczęło padać, ale zupełnie niespodziewanie pan ze sklepu zaproponował nam podwózkę pod samą stację samochodem dostawczym.

Skorzystaliśmy skwapliwie.

 

r

l sp

logo

 STALE

WSPÓŁPRACUJEMY:

logo LS

Fundacja Dzielo Nowego Tysiaclecia

mw-logo