NA CZARNEJ HAŃCZY

 Pomysł spływu nie każdego zachwycał. Po trudnych warunkach w Machnaczu, niewielu chciało znowu podjąć trudy życia poza cywilizacją. Okazało się, że przeżyliśmy.DSC00491

Początek podróży na Dworcu Centralnym postawił nam włosy dęba. Wszyscy byliśmy obładowani jak wielbłądy. Do tego obok nas miały zbiórkę duże Przymierze i szkoła Sodalicji Mariańskiej z Ogrodowej. Wszyscy wybierali się do Augustowa. Na szczęście nie na spływ, bo mogłoby zabraknąć miejsca na rzece.

Ponieważ wiało, ratownik podjął decyzję, że spływ zaczynamy w Wigrach, a nie jak wcześniej planowaliśmy w Starym Folwarku. Nie chciał zaczynać nauki wiosłowania na wielkim jeziorze wigierskim.
W związku z tym na początku musieliśmy przepłynąć przez rurę pod szosą. Nie dla wszystkich było to proste. Za to zaraz za szosą odsłoniła się przed nami piękna rzeka i uroki Wigierskiego Parku Narodowego. Do przepłynięcia mieliśmy ok. 14 km.

Świeciło słońce, a wiatr pomagał je przetrwać. Do Budy Ruskiej, najzimniejszego miejsca na ziemi dopłynęliśmy radośni. Tylko jedna osoba wiedziała, że nie lubi wiosłować. Płynęła tylko po to, by na campingu zagrać we flagi. Niestety nie udało się spełnić tego marzenia. Jeszcze nie teraz.

Ponieważ noc była przerażająco zimna drugi dzień zaczęliśmy od gimnastyki rozgrzewająco – rozbudzającej.

Szkoda, że nie zafundowaliśmy sobie sauny. Później nie było już okazji. Kolejny odcinek  rzeki do przepłynięcia był  miły i urokliwy. Musieliśmy ostrożnie mijać łabędziowych tatusiów, bo bardzo niespokojnie spoglądali na przepływające kajaki. Towarzyszyły nam śpiewy ptaków i piękne widoki. Dopłynęliśmy do Frącek. Po rozbiciu namiotów większość poszła kąpać się w rzece. Pozostali niby nie chcieli, ale każdy z nich stał na brzegu i patrzył zazdrośnie. Wieczorem niespodziewanie na odsiecz zmęczonym przybyła wraz z przejeżdżającymi tamtędy rodzicami Zosi pyszna szarlotka i micha truskawek.

Następnego dnia płynęliśmy do Mikaszówki. Ponad 23 km. Najdłuższy i najtrudniejszy odcinek  Czarnej Hańczy. Rzeka wiła się tak, że z jednego zakrętu trzeba od razu wchodzić w następny. W dodatku w wodzie leży pełno  zwalonych konarów, które trzeba omijać.  Chwila nieuwagi i kajak ląduje w trzcinach. Nie czas na podziwianie widoków. Dziś łatwo się wywrócić. Tego dnia płynął z nami inny ratownik- młodszy. Zuzia uznała, że należy przetestować jego umiejętności, wrzucając do rzeki kartę miejską. Wyłowił, więc możemy płynąć spokojnie. W ratownika musiała też zabawić się Marta, która wyłowiła portfel Weroniki. Ta bowiem, nie wiedzieć czemu, zamiast Hubertowi postanowiła powierzyć swoje pieniądze nurtowi rzeki. Udało się je odzyskać. Tego dnia przeżywaliśmy rozmaite atrakcje, ale ciągle nie były to flagi.

Na campingu czekały nas niespodzianki. Po pierwsze wieś. Po drugie kuchnia letnia i prysznic. Namiastka cywilizacji, do której większość z nas tęskniła. Kolejny dzień miał być krótszy i łatwiejszy. Zaczynaliśmy od śluzy i na śluzie kończyliśmy. W sumie tego dnia było więcej śluzowania niż płynięcia. Czekało nas nowe doświadczenie- płynięcie po kanale Augustowskim – pięknym, ale zupełnie pozbawionym nurtu. Wszystko zaczęło zależeć od naszych mięśni.

Przed wyruszeniem jeden z nas próbował z wyskoku wsiąść do kajaka. Nie udało się. Z zaskoczenia wziął swojego towarzysza gotowego do drogi i zupełnie nieprzygotowanego do wywrotki. Stąd różne wrażenia po tej przygodzie. Skoczek był zachwycony, a kajakarz znacznie mniej.

W Przewięzi wreszcie zagraliśmy we flagi. Okazało się jednak, że zabawa była marzeniem niewielu z nas. Za to zjedliśmy prawdziwy obiad u właścicielki pola namiotowego. Było super.

Ostatnie kilometry następnego dnia nie były łatwe. Zmęczenie już nam doskwiera. Końcowy odcinek to bardzo malownicza, ale trochę „schizowa”, długa i prosta jak autostrada linia kanału Augustowskiego. Potem jeszcze śluzy, ale przede wszystkim jeziora. W dodatku wieje wiatr i  na jeziorze są spore fale. Takiego wyzwania jeszcze nie mieliśmy. Na szczęście daliśmy radę.  

Potem obiad i powrót pociągiem do Warszawy.

Następnego dnia po powrocie dostaliśmy komentarze o spływie. Prawie wszyscy napisali, że to był dobry wyjazd. Dla nich i dla klasy. Tylko miłośniczce zabaw innych niż wiosłowanie pozostał niedosyt. Trzeba będzie nad tym popracować w przyszłości.

 


 

r

l sp

logo

 STALE

WSPÓŁPRACUJEMY:

logo LS

Fundacja Dzielo Nowego Tysiaclecia

mw-logo