W POSZUKIWANIU PALCA HRABIEGO FREDRY

albo wszystkie zwierzęta prawdziwe i nieprawdziwe

To były intensywne cztery dni. Zaczęliśmy nawet z grubej rury, bo od Panoramy Racławickiej. Robi wrażenie! Może to banalne stwierdzenie, do tego jeszcze z ust człowieka dzielącego sztukę na "ładne-nieładne", ale ogromne płótno, wyeksponowane tak, że nie wiadomo gdzie kończy się obraz a zaczyna makieta sprawia, że choć przez chwilę można wyobrazić sobie bitewny zamęt, poczuć zapach prochu i kurzu z gościńca, usłyszeć tętent koni i huk armat.

Pod "racławicką" rotundą rozstaliśmy się z innymi grupami i powędrowaliśmy w miasto sami. Cel pierwszy: JEDZENIE! Niebawem w małej uliczce udało nam się znaleźć mały, ale obficie karmiący lokal o nazwie KOKUN. Rotacyjnie zajmując miejsca przy stolikach i wypełniając sobą cały bar oddaliśmy się jedzeniu placków ziemniaczanych, od prostych w wersji ze śmietaną do wykwintnych, z łososiem i sosem koperkowym. Niespiesznie poszliśmy dalej. Przez rynek (przy którym mieszkaliśmy), nad Odrę, na Wyspę Słodową, ku zachodzącemu słońcu... Sercem Wrocławia był dla nas Ostrów Tumski. Zwiedzaliśmy go w deszczu, był więc mokry i pusty.

Ale katedra św. Jana... ach, katedra! Nawet w deszczu jest piękna, strzelista, przesłaniająca chmury. Wewnątrz podziwialiśmy barokowe kaplice boczne, gdzie brodaty Bóg Ojciec patrzy z latarni w sklepieniu, a biskupiego grobu strzegą aniołowie, lwy i trupie czaszki.

Zziębnięci skryliśmy się w kafejce, chlubiącej się wizytą księcia Monako (lub innego mikropaństewka), dobrą kawą
i dużymi porcjami ciast wszelakich. Czyli znowu osiągnęliśmy nasz cel gastronomiczny.

No ale gdzie ten palec? Zmumifikowany, jako makabryczny trochę suwenir przywieziony ze Lwowa, ujęty dostojnym zwłokom pisarza? Na starówce stoi pomnik hrabiego Aleksandra, kolejna lwowska pamiątka, jakich tu wiele, z kompletem palców...

Szukamy dalej. W Muzeum Zoologicznym jest pusto. Oczywiście jeśli nie liczyć naszej grupy, pani, sprzedającej bilety i zwierząt, patrzących szklanymi oczami ofiar dziewiętnastowiecznej fascynacji naturą. A i tasiemiec w formalinie, wraz z licznymi krewnymi się znalazł. Nie zapomnijmy również o wielorybim szkielecie, zajmującym cały środek sali.

Ale palca nie ma. Za to na ulicy Szewskiej jest cukierkowa manufaktura. Spędzamy w niej trochę czasu (jedzenie ewidentnie nas pociąga), oglądamy produkcje słodkości, niektórzy robią też własne lizaki. Twarzą Manufaktury zostaje Kuba (patrz zdjęcie:).

Pokrzepieni, możemy znowu przemierzać ulice Wrocławia. Na Jatkach zawieramy bliską znajomość ze zwierzętami rzeźnymi, a raczej ich pomnikiem. Każdy znalazł tam coś dla siebie - a to świnię, a to kozę lub koguta...

Po zwierzętach nieprawdziwych czas na prawdziwe, spędzamy więc prawie cały dzień we wrocławskim zoo, największym w Polsce. Tu oddawaliśmy się poważnej pracy naukowej, poznając - w zależności od grupy - bezkręgowce, gatunki zagrożone albo unikalne zwierzęta Madagaskaru. Stąd już niedaleko do Hali Stulecia (ale po drodze była restauracja...).

Z otoczenia Hali najbardziej zainteresowała nas iglica, jako miejsce do gier i zabaw zręcznościowych, podobnie jak uruchamiane wieczorem "tańczące fontanny".

Odwiedziliśmy też ogród japoński. Jak ciekawie spędzić wieczór w mieście? Można na przykład popływać jednostką pływającą (nazwa statek nie przechodzi mi przez usta...) po Odrze, podziwiając podświetlone zabytki na tle czarnego nieba, można pójść na spacer, albo pograć w piłkarzyki w hostelu. Możliwości jest wiele.

A palec? Przechowywany jest w kościele św. Maurycego, o czym zaświadczamy jako naoczni świadkowie i jego wytrwali tropiciele!

 

r

l sp

logo

 STALE

WSPÓŁPRACUJEMY:

logo LS

Fundacja Dzielo Nowego Tysiaclecia

mw-logo