PONIEDZIAŁEK 

Rano spotkaliśmy się pod naszym gimnazjum. Jedni z uczniów przyszli z rodzicami, a drudzy sami. Kiedy już pożegnaliśmy się i autokar był gotowy, udaliśmy się w podróż. Droga mijała dobrze, wszędzie słychać było śmiechy, dziki rap (puszczany głównie z tylnych siedzeń), ale i pojękiwanie jednego z kolegów.

klodzkoJechaliśmy trochę długo – mniej więcej sześć godzin. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, okazało się (ku naszemu wielkiemu zdziwieniu), że będziemy nocować w bazie ZHP. Po wielu przepychankach i negocjacjach ulokowaliśmy się w pokojach. Przypomniało mi się, że mam schowane rękawice bokserskie w tylnej kieszeni plecaka, więc zaczęliśmy się bić, skore je znalazłem, a nie mieliśmy nic innego do roboty.

Już po kilku pojedynkach wszystkich bolały głowy od uderzeń, więc nasze wspaniałe wychowawczynie zdecydowały się na spacer do sklepu (najbliższy prawie 3 km od nas…). Podczas drogi zobaczyliśmy wiele kapliczek małych i dużych. Zrobiliśmy sobie wiele zdjęć i ogólnie przechadzka miło minęła. Wstąpiliśmy jeszcze do kościoła i oglądaliśmy różne nagrobki. Pod koniec dnia zjedliśmy kolację, umyliśmy się i poszliśmy spać. 

Janek

WTOREK

Dzień 2. – czyli bardzo dużo atrakcji.

26 maja 2014 r. klasa 1b pojechała na zieloną szkołę w celu zdobycia nowej wiedzy. Pierwszego dnia wieczorem podczas kolacji dowiedzieliśmy się, że rano musimy wcześnie wstać, ponieważ na dziewiątą rano mamy być w „Skalisku”, czyli ogromnym parku linowym. 

Następnego dnia po obudzeniu się zjedliśmy śniadanie, a tak dokładniej – tosty i kanapki. Po posiłku wsiedliśmy do naszego busa i wyruszyliśmy do „Skaliska”. Jechaliśmy ponad godzinę. 

Na miejscu od razu zobaczyliśmy, jak dużo tras wisi na drzewach i czeka, aż ktoś po nich przejdzie. Gdy wysiedliśmy z busa, podeszliśmy do kasy i zapoznaliśmy się z regulaminem parku linowego. Po poznaniu zasad „Skaliska” dostaliśmy uprzęże i przeszliśmy krótki test, jak bezpiecznie chodzić po trasach. Kiedy każdy ”zdał egzamin”, weszliśmy na pierwsze przeszkody. Niektórzy pokonywali drogę szybciej, niektórzy wolniej. Na szczęście nikomu nic się nie stało prócz drobnych zadrapań. Każda trasa wyglądała inaczej. Według mnie najwięcej problemów stanowiły bardzo wysokie i wąskie drabiny, po których wchodziło się na następny szlak. Nie było to trudne, lecz dosyć żmudne i męczące. Myślę, że najfajniejszą przeszkodą do pokonania były różne tyrolki, gdzie trzeba się było przypiąć specjalnym bloczkiem z kółkami do liny, zamontować zwykłe karabińczyki dla bezpieczeństwa i zjechać w dół, czasami nawet kilkaset metrów… 

Z parku linowego pojechaliśmy do kopalni złota, która w dużej części była zalana i musieliśmy płynąć specjalną łódką. Po „wodnej” części przeszliśmy do części „pieszej”. Tam chodziliśmy po różnych korytarzach i co jakiś czas straszył nas gnom i duch żony jednego z górników, którzy zginęli w tej kopalni. Podeszliśmy do stanowiska niemieckiego alchemika, który kazał mi posypać arszenikiem buzię. Oczywiście nie był on prawdziwy. Po jakimś czasie wyszliśmy na powierzchnię i poszliśmy na obiad, a potem wróciliśmy do naszego domu.

Inną atrakcją w tym dniu był średniowieczny park techniki. Było w nim wiele dźwigni i przekładni, którymi można było coś podnieść, np. my podnosiliśmy kamień, który ważył tonę. Dowiedziałem się nawet, że przy użyciu bardzo długiej deski i ciężaru ciała, byłbym w stanie podnieść nawet wieloryba.

W parku była także wielka „pompa” wodna. Wyglądała jak wielkie koło do zabawy dla chomika, które napędzało linę z wiadrami. Do koła musiało się wejść i po prostu biec w nim przed siebie. Śmiesznie wyglądało to na przykład, gdy biegły panie nauczycielki.

Zobaczyliśmy jeszcze dom strachu, gdzie na początku był tunel, który miał zaburzyć nam pracę błędnika w mózgu. Szło się mostkiem, a dookoła kręciła się wielka czarna rama ze świecącymi się kolorowymi kropkami. Wydawało się, ze mostek się przechyla i zaraz się wypadnie. Przez tunel przechodziło się do domu kata, gdzie były różne narzędzia tortur.

Według mnie ten dzień był najlepszy ze wszystkich pięciu.

Szymon

ŚRODA

Trzeciego dnia, w środę, zwiedziliśmy Bystrzycę Kłodzką. Największą atrakcją tam było muzeum filumenistyczne potocznie zwane muzeum zapałek. Zobaczyliśmy stare, niesamowicie różnorodne zapalniczki, popielniczki i plakietki z pudełek od zapałek.

Zwiedziliśmy całe miasteczko, dwie baszty, zobaczyliśmy pręgierz na rynku i fontannę w stylu barokowym. Następnym z trzech punktów naszej wycieczki była Jaskinia Niedźwiedzia. Imponujące były tam stalaktyty, stalagmity, jak i stalagnaty. Na ścianach połyskiwały draperie, a misy naciekowe zrobiły na nas wielkie wrażenie.

Kolejną atrakcją była kopalnia uranu. Miły starszy pan oprowadził nas (rzecz jasna z bezpiecznymi kaskami na głowie) po podziemnych korytarzach. Po drodze znajdywaliśmy różne minerały, mogliśmy je zabrać ze sobą. Wśród nich przeważały ametysty i fluoryty.Zmęczeni trafiliśmy w końcu na obiad do włoskiej pizzerii, w której (ku utrapieniu wszystkich) dwie godziny czekaliśmy na jedzenie.

Znużeni dotarliśmy do ośrodka i na osłodę życia cały wieczór graliśmy w brydża z Panią Basią :)

Basia

CZWARTEK

W czwartek na zielonej szkole wybraliśmy się do do Skalnego Miasta w Czechach. Jechaliśmy tam bardzo długo – około trzech godzin. Na miejscu wybraliśmy zielony szlak. Były tam bardzo duże i ciekawe głazy. Każda miała inny kształt. Pani Gosia opowiadała nam o poszczególnych skałach. Przechodziliśmy też przez „Mysią dziurę”. Było tam bardzo wąsko. W Skalnym Mieście było wysoko, ale podobało mi się. Tylko nie się odpowiadało mi, że było zimno i padał mały deszcz. Gdy już skończyliśmy zwiedzać, zjedliśmy oscypki i chleb ze smalcem. wracać zarządziliśmy powrót, bo chcieliśmy zwiedzić jeszcze Kaplicę Czaszek. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, poszliśmy do kościoła, aby tak bardzo nie zmarznąć. Siedzieliśmy tak ok. 15 min., a następnie wyszliśmy na zewnątrz, gdzie staliśmy około godziny w kolejce. Kiedy weszliśmy do kaplicy, wysłuchaliśmy jej historii, którą opowiadała siostra zakonna. Te wszystkie kości i czaszki zrobiły na mnie duże wrażenie. Było ich tam ok. 31 tys.

Potem pojechaliśmy na obiad. Dobre było to drugie danie. Po tym wszystkim wróciliśmy do naszego miejsca noclegowego, gdzie pakowaliśmy się jeszcze i graliśmy w karty. Na koniec zjedliśmy kiełbaski i poszliśmy spać.

Agata Wolfowicz

PIĄTEK

W piątek był ostatni dzień naszej zielonej szkoły. Dzień wcześniej wszyscy już byli spakowani. Rano zjedliśmy śniadanie i pół godziny później wyjechaliśmy z Marianówki. Po dwudziestu minutach jazdy wjechaliśmy do Kłodzka. Zwiedzaliśmy tam twierdzę z XVII w., która była używana aż do połowy XX w. Przewodnik bardzo ciekawie opowiadał, dlatego wszyscy byli wyjątkowo zainteresowani. Po zwiedzaniu Kłodzka ruszyliśmy dalej do Warszawy. Na obiad zatrzymaliśmy się w długo oczekiwanym KFC. Do stolicy, pod naszą szkołę, przyjechaliśmy około godziny 21.00. Cała nasza wycieczka była udana i wszyscy byli zadowoleni.

Jeremi

 


 

r

l sp

logo

 STALE

WSPÓŁPRACUJEMY:

logo LS

Fundacja Dzielo Nowego Tysiaclecia

mw-logo