Deszcz padał do potrawki z kurczaka. Wsiąkał w ziemniaczane purée, spływał po czekoladowych ciastkach. Brakowało tylko monotonnego stukotu kropel o dno menażki, zalanych wodą okopów i żołnierzy, kulących się pod drewnianymi ścianami… Tfu! Wyszła mi jakaś scena rodem z pierwszej wojny światowej…

Pomyśleć można, że obiad w takich warunkach nie jest atrakcją weekendowego wyjazdu. Ale po wspinaczce i karkołomnym schodzeniu z gliniastych pagórków Wyżyny Sandomierskiej jakiś tam deszcz nie robił na nas szczególnego wrażenia.

A wszystko zaczęło się od przegrzanego silnika.

Podróż do Sandomierza trwała tyle, że spokojnie moglibyśmy dojechać i do Gdańska. Atmosfera była szampańska, zwłaszcza po tym, jak wszyscy pasażerowie poza nami zostali eksmitowani z autobusu. Nigdy więcej już ich nie ujrzeliśmy. Było ciemno, blado świeciły lampy na stacji benzynowej gdzieś między Radomiem a resztą Polski. I tak podróżowaliśmy – godzina jazdy, dwadzieścia minut chłodzenia silnika…

Tuż przed północą siedzieliśmy w końcu dookoła ogniska. Miejsce, w którym spaliśmy, okazało się strzałem w dziesiątkę. Na niewielkim wzgórzu, poza miastem, w otaczającej ciszy. Kiełbasy skwierczały na patykach, coca-cola krążyła z rąk do rąk. Chris wyjął słoik marynowanych warzywnych szaszłyczków, znalazła się musztarda i chleb. Ktoś wpadł na pomysł skoków przez ognisko, inni skwapliwie go podchwycili, i tak ciągnęła się ta noc pod gwiazdami, aż wreszcie trzeba było iść spać, bo jednak następnego dnia kilkanaście kilometrów przed nami.

Dzień wstał wilgotny i mglisty. Pospiesznie zjedliśmy śniadanie, a dobór potraw wskazywał raczej na pospieszne pakowanie niż przemyślane decyzje. Znalazło się więc musli, ale i zupa krewetkowa, marynowane rydze, dwa litry pepsi i ćwiartka sporego krążka sera. Pokrzepieni ruszyliśmy na szlak.

Zgubiliśmy go w zasadzie od razu.

            Nie przejęliśmy się tym specjalnie, bo i czym tu się martwić? Góry Pieprzowe, nasz cel, widać było wyraźnie przed nami, a tam niewątpliwie i szlak się znajdzie. A tymczasem szliśmy sobie podniszczonym asfaltem, ptaki śpiewały w zaroślach, a świat pachniał mokrymi liśćmi i dymem. Szlak znaleźliśmy równie niespodziewanie jak go zgubiliśmy – przed nami otworzył się widok na Wisłę po prawej a zarośniętą ścieżkę po lewej.

            Parafrazując mistrza Gołubiewa można było powiedzieć, że „przeze puszcz wiedła ścieża, aliści wiedła na przeła”. Błoto zamlaskało pod naszymi stopami, buty poślizgnęły się na mokrej glinie i zagłębiliśmy się w Góry Pieprzowe. No, takie tam góry, dwieście metrów z okładem ledwie, ale o pradawnej i świetnej historii, więc słusznie miano takie im się należy. Pół miliarda lat już wystawione są na działanie kaprysów przyrody, która wysokie niegdyś góry niemal obróciła w proch, zamieniając je w pagóry utworzone ze skalnego miału, kolorem pieprz właśnie przypominającego.

No i były jeszcze róże…

            Na dwadzieścia pięć gatunków róż występujących w Polsce dwanaście rośnie właśnie tu, w Pieprzówkach. Wspominałam już, że było dość wilgotno, prawda? Góry niby niskie, ale za to dość strome i wystarczył jeden nieostrożny krok, jedno potknięcie, by klapnąć na tyłek i zjechać gliniastą, rozmiękłą ścieżką, ciągnąc za sobą plecak, aparat i utraconą godność. A co robi człowiek, który nagle ześlizguje się ku przepaści? Oczywiście, chwyta się pobliskich krzaków i wystających korzeni! Niestety, dwanaście gatunków róż, czasem o cierniach długich na centymetr nie ułatwiało tej ekwilibrystyki. Czasami wzdłuż szlaku rozciągnięte były grube liny, które dawały podczas wspinaczki wytchnienie pokłutym dłoniom.

            A więc w górę i w dół, w górę i w dół…Widoki piękne, zamglona Wisła, mieniące się późnojesiennymi barwami zarośla na brzegach, krzaki róż obwieszone czerwonymi owocami… I gdy oblepieni mokrą gliną i zmęczeni zalegliśmy na nadwiślańskiej łące, spadł deszcz. Wracamy więc do okopów z początku artykułu. Analogii militarnych jest w tej historii znacznie więcej, bo teraz prawie każdy wyjął zakupioną na tę okazję wojskową rację żywnościową i zaczęło się ucztowanie. Było burito i klopsiki, lazania i duszona wołowina, gruszkowy mus, cytrynowa herbata i duży wybór ciast. Deszcz padał, a my wcinaliśmy, aż trzęsły się uszy.

            Do Sandomierza wróciliśmy mokrzy i brudni. Próbowaliśmy się schronić w jakiejś kawiarni czy choćby najpodlejszej restauracyjce, ale okazało się, że zmieścimy się tylko w największej i – z wyglądu – najdroższej. Ale było nam już wszystko jedno. Przemknęliśmy chyłkiem przez okazałą salę, by gościom nie odbierać apetytu i znaleźliśmy się dość niespodziewanie w przytulnym i ciepłym „alkierzyku”. Sami! Rzuciliśmy plecaki na ziemię, na nich wylądowały kurtki i pewna ilość gliny. Wreszcie przyszedł czas na gorącą herbatę. I frytki.

            Sandomierz pożegnał nas deszczem. Ale tym razem autobus miał sprawny silnik.

r

l sp

logo

 STALE

WSPÓŁPRACUJEMY:

logo LS

Fundacja Dzielo Nowego Tysiaclecia

mw-logo